Ten feralny skok...
Gdy byłem zdrowy zawsze chciałem mieć własną rodzinę, wspaniałą żonę, której oddałbym całego siebie, syna jako pierwszego, wybudować dom, posadzić drzewo - to chyba marzenia każdego faceta... Teraz moim największym i oczywistym marzeniem jest być zdrowym. Choć wymagałoby to cofnięcia się w czasie, a to nierealne. Ale pomarzyć można... Ile bym dał, żeby tego feralnego skoku nie było... Żebym był w zupełności sprawny i samodzielny... Nie był zdany na inne osoby...

Mam na imię Mariusz i chciałbym Wam o sobie opowiedzieć. Z opinii moch przyjaciół i rodzeństwa, wynika, że jestem dość ciekawym i pełnym optymizmu facetem. Mam trzydzieści jeden lat i młodość powoli zaczyna już umykać, ale gorące serducho bije wciąż żwawo. Jestem kawalerem, ale to bardziej chyba z przymusu, bo gdybym był sprawniejszy to pewnie odnalazłbym tą jedyną...
To był ostatni dzień maja, piękna pogoda, wraz z przyjaciółmi wybrałem się nad duży basen. Mając dziewiętnaście lat, człowiek nie myśli dojrzale o życiu, w głowie rodzą się pomysły pozbawione wyobraźni... Zabawa była wówczas zawsze na pierwszym miejscu. Wyścigi w tym kto komu bardziej w czymś zaimponuje. Woda była ciepła, zupełnie jak w upalny letni dzień... Na początku nie miałem ochoty się kąpać, jakbym już coś przeczuwał. Ale chwilę później byłem już w wodzie. Zawsze pierwszy, jeśli chodzi o pływanie i skakanie. Już w wieku szkolnym zdobyłem kartę pływacką. Ale to nie miało żadnego znaczenia, bo przeznaczenia nie da się oszukać. Przy wodzie była niewielka plaża, wziąłem duży rozbieg i chciałem wykonać swój popisowy numer, skok z saldem w powietrzu. Byłem w tym dobry, wszystko miałem opanowane, ale nie tym razem. Kiedy byłem w powietrzu czułem, że zrobiłem coś źle, skok i wybicie się w górę nie było takie, jak powinno. Coś zrobiłem źle, ale było już za późno. To był mój ostatni skok...
Pamiętam swoje bezwładnie zwisające ręce. W głowie panika i niewyobrażalny strach. Pragnąłem zaczerpnąć choć łyk powietrza, w ostatnim momencie. Kiedy już oczy zachodziły mgłą, życzenie się spełniło. Szybka reakcja przyjaciół uchroniła mnie od utraty przytomności i zachłyśnięcia się wodą. Byłem przytomny, ale nieświadomy tego w jakim byłem stanie. Nie wiedziałem, że każdy ruch głowy może pogorszyć mój stan. Chciałem żeby koledzy przenieśli mnie jak najdalej od wody i plaży. Wszystko działo się tak szybko, trafiłem do szpitala w Turku. Z szpitala w Turku szybko zostałem przewieziony do ośrodka w Zgierzu. Tam została przeprowadzona operacja połączenia kręgów na odcinku C3 i C4 specjalną płytką platynową.
Pamiętam tylko przebłyski. Dźwięk maszynki do strzyżenia, która zgoli mi włosy, byłem zdenerwowany z tego powodu. Nie miałem pojęcia, że lekarze walczą o moje życie i robią to, co było niezbędne w tamtym momencie. Przez całą noc leżałem na specjalnym wyciągu, który odciążał kręgosłup do zabiegu. Po operacji chciałem krzyczeć na tych ludzi, myślałem: „Boże, czego oni chcą, dlaczego mi to robią?!”. Jednak nie mogłem wypowiedzieć nawet słowa, uniemożliwiła mi to rurka tracheotomijna, dzięki której mogłem oddychać.




















