Seksizm - domena mężczyzn?
Seksizm stał się "modny". Wystarczy głośny publiczny komentarz na temat fizyczności jakiejś znanej niewiasty – i już! „To seksizm! To nie przystoi!” - grzmią media. Później zwykle następuje wielkie wymuszone dementi i przeprosiny. Z drugiej strony, jak sięgam pamięcią, nie przypominam sobie sytuacji, kiedy to pani przepraszała pana. Czyżby kobieca niewinność i łagodność stanowiła barierę chroniącą mężczyzn przed seksistowskimi atakami ze strony kobiet? A może w tej kwestii poczucie społecznej moralności jest wyjątkowo krótkowzroczne?

W oparach kampanii wyborczej aż nie sposób nadążyć za zarzutami o seksizm, padającymi pomiędzy kolejnymi partiami. Bo umieszczenie atrakcyjnych fizycznie pań na plakatach lub w spotach reklamowych, to już naruszenie dobrego smaku, godności płci i traktowanie kobiet bez należytego szacunku. Choć wiadomo nie od dziś, że „ładne” sprzedaje lepiej niż „brzydkie”. Bez względu na to, czy obiektem sprzedaży jest akurat szampon do włosów czy partia polityczna. Odchodząc jednak od marketingowo-politycznych dywagacji, nie sposób nie zauważyć, że większość zarzutów o nieuczciwą dyskryminację ze względu na płeć pada ze strony pań. W swej kobiecej (nad)wrażliwości i spostrzegawczości lubimy doszukiwać się elementów seksistowskiego traktowania nas przez mężczyzn. I tak oto mało wyrafinowany komplement lub nieco grubiański żart na temat kobiecej fizyczności urastają do rangi obiektu debaty feministycznej. A z drugiej strony, nasza kobieca próżność lubi być łechtana i zdecydowanie bardziej wolimy być postrzegane przez męskie środowisko jako kobiety kobiece niż jako kobiety przezroczyste, nieprawdaż?
Z kolei komplementy kierowane w męską stronę, często mocno okraszone porównaniami kulinarnymi typu „ciacho”, „ciastko”, „ciasteczko” lub przeplatane liczeniem żeberek kaloryfera na umięśnionych męskich brzuchach, zrzucamy na karb naszego specyficznego kobiecego poczucia estetyki oraz umiłowania piękna i harmonii ludzkiego ciała. Idąc dalej, jeśli już ów rozgrzewający deserek zwróci na nas uwagę i zaprosi na randkę (Tak, tak, to on powinien zaprosić! Nic to, że opisując siebie przymiotniki „wyzwolona”, „niezależna” i „nowoczesna” wymieniamy bez namysłu i z prędkością światła. A w zasadzie w obliczu ostatnich odkryć fizyki – prędkości neutrin), oczekujemy od niego, że odda hołd tradycji i to on spotkanie zorganizuje i pokryje jego koszty, wiadomo „Facet powinien...”. Jeśli tylko subtelnie zasugeruje podzielenie się rachunkiem lub zapomni otworzyć nam drzwi, może być pewien, że zostanie ostrzelany przez nas zabójczym komunikatem niewerbalnym pod postacią zaciśniętych ust i przymrużonych powiek. A zaraz po spotkaniu – dobity serią z karabinu maszynowego krytycznych komentarzy naszych przyjaciółek. Taki delikwent z góry jest skreślony. „Co to za facet?”, „Baba jakaś!”, „Cham i prostak” - usłyszymy z ust życzliwych koleżanek, które pragną uchronić nas przed kolejnym rozczarowaniem.




























